VUUV 2011
23 października 2011, 12:52:34Kontynuując tradycję "sensownego wpisu przynajmniej raz na rok" wrzucę właśnie-znalezione małe sprawozdanie z kolejnego festiwalu. Przynajmniej będzie sobie siedzieć gdzieś w tym internecie.
Ogólnie to masakkkra. Miał być przyjemny festiwal, ładna pogoda i miły powrót, wszystko poszło inaczej - festiwal był zajebisty, pogoda zjebana a powrót masakryczny.
Sam VUUV to miejsce jedyne w swoim rodzaju, impreza w porównaniu do Szigetów czy Woodstocków nieduża - na oko jakieś 5.000 osób, z 80 namiotów/stoisk/sklepów a wszystko na jakimś polu w Branderburgii. Line-up dziwny, znałem jeden zespół na 150 (Shiva Chandra) co kompletnie nie przeszkadzało w poznawaniu mnóstwa świetnych DJów goa/psytrance'owych - problem raczej taki że są one kompletnie nieznane i ciężko teraz dorwać ich twórczość w otchłani internetu :/
Pierwsze zdanie które usłyszałem 10 minut po wjeździe na pole namiotowe brzmiało "do you want to buy some LSD or MDMA?" Szczena opadła mi z powodu bezpośredniości tego pytania i uśmiechu na ustach tej miłej pani O.O
5 minut później poznałem pana policjanta (urodzonego w Polsce ofc, "jaakshemash?"). To jest chyba typowo polska cecha, jesteś policjantem "pod przykrywką" ale jak widzisz jedynego Polaka to musisz podejść, napić się z nim w konspirze piwa i pogadać co tam słychać. W sumie pozytywnie. Obok mnie Francuzi, dwa auta dalej - Estończyk kończońcy butelkę 0,7 Bolsa (!). Jak szczerze wyznał, to była już jego druga tego dnia. Dużo więcej nie był w stanie wyznać. Ludzie w porządku, 30% foreigners/70% germans - niestety mało jaki Niemiec mówił po angielsku. Z drugiej strony poznałem sporo miłych ludzi z którymi przez 3 dni żyłem w naprawdę otwartej komunie :D Ludzie oczywiście zewsząd, Finlandia, Hiszpania, Chiny, Brazylia... Choć poza panem policjantem Polaków nie spotkałem.
Zagadałem do jednej Japonki, nie było łatwo bo jak wyznała pochodzi z Osaki. Wszystko co do tej pory słyszałem z pogłosek że akcent Osakijski różni się dość mocno od Tokijskiego było prawdą... No ale w prostych słowach szło się porozumieć, zrozumiałem że przyleciała ze znajomymi głównie dla DJa Ryosay, jak się później okazało - genialnego. Trochę mnie to podbudowało że jeszcze jestem w stanie wydusić z siebie logiczne zdanie albo dwa po japońsku :)
Namioty i klimat super, mnóstwo malunków Shivy i ogólnie totalne klimaty Hindu (było "psychodelicznie na trzeźwo"); w namiotach świetne t-shirty i inne rzeczy "w klimacie", oczywiście Fair Trade, za całkiem rozsądne pieniądze. U nas Fair Trade to przecież śmiech na sali, a jak już jest to za takie pieniądze że śmiech na sali.

I jeszcze jedno - dla mnie bardzo ważne - wszyscy się uśmiechali. Było niesamowicie pozytywnie (heksadecymalnie?), ludzie tańczyli boso w tym deszczowym błocie, wszystkim chyba się podobało. Wydaje mi się że to właśnie VUUV jest swoistą duchową kontynuacją Woodstock'u 1969 gdzie hasła peace and love są dalej baardzo widoczne :)
Wspaniałe zdjęcia, jak co roku, dostarczyła Akisutra
Festiwal meeega, był bardziej jak dobra medytacja i zrozumienie kolejnej cząstki umysłu niż zwykła zabawa przy muzyce... 20% piło alkohol i stało na uboczu (cholerny depresant), 70% w tym ja odkrywaliśmy istotę wszechrzeczy pod sceną a 10% po udanym zakupie wspomnianego LSD latało już przy niej do innych wszechświatów. Ludzie byli różni, gdzieniegdzie biegały 6-letnie dzieci z zatyczkami na uszach, a 60-letni brodaci hipisi z Goa podrygiwali śmiało w rytm goa :) Chciałoby się wręcz rzec - wielka, rodzinna impreza. Przemocy oczywiście zero.
Gorzej z powrotem. I pogodą, która Niemiec przez ostatnie tygodnie nie rozpieszcza. Lało sporo ale sam powrót to była masakra, widoczność na autobahnie 100feetów czyli "ledwo-to-co-przede-mną". Wszyscy i tak zapierdalają 130km/h (Niemcy wyznają zasadę że "skoro rząd federalny tyle zaleca, to tyle jeździmy") i jest fajnie dopóki nie musisz się zatrzymać. Gdy zaś świeci kontrolka alternatora, modlisz się żeby dojechać do najbliższego postoju. Prawo Murphy'ego jest jasne i oczywiście auto wysiadło na 5km przed postojem. Gdy zatrzymujesz się na autostradzie przestaje być fajnie.
Przez 1.5h czekaliśmy z siostrzyczką na odholowanie (200€) żeby potem się dowiedzieć iż auto jest zjebane i trzeba naprawić pompę paliwową, elektrykę (kolejne 200-300€), no masakra. Wszystko w środku zostaje (KOMBI zapakowane PO BRZEGI), a my bierzemy po plecaku i próbujemy się wydostać z tego zadupia gdzieś pod Dreznem (a jest godzina 21.00 ofcorz). Auto w Nossen, nocleg w Döbeln, przesiadka w Meissen, potem w Dreźnie, potem w Berlinie... Stamtąd dopiero pociąg do stolicy. Masakra. Nawet nie powiem nawet jakie zapachy i ludzie powitali nas na Dworcu Centralnym a następnie w autobusie N43 Centrum-Chomiczówka. Już miałem dość tego kraju a nie minęła godzina ;) Straszny kontrast. Niby dwa bliskie kraje europejskie, ale azja zaczyna się już za Odrą.
No ale może będzie z tego motywacja do nauki niemieckiego... Oj będzie :D
Fajnie byłoby zebrać więcej ludzi na przyszłorocznego VUUVa. Samemu trochę dziwnie tak było :)